Jesteś tutaj
Strona główna > Legendy Nowej Warszawy > Legendarne serie > „Szkarłat i czerń” – odcinek 2 – „Brudny”

„Szkarłat i czerń” – odcinek 2 – „Brudny”

Szkarłat i Czerń. Odcinek 2.

Nowa Warszawa 13.01.2087

Kordian balansował na granicy cokołu usilnie próbując znaleźć schronienie w ramionach kamiennego gzymsu. Zimno przeszywało każdą komórkę jego ciała. Sypiące lepko mokre płatki śniegu i świdrujący wiatr inwigilowały każdą odsłoniętą część skleconej na prędko garderoby. Zwiewny cienki ortalionowy dres i opięta termiczna koszulka nie stanowiły najlepszej ochrony w takich warunkach. Szeroki kaptur latał na wietrze cały czas zasłaniając pole widzenia. Jedynym źródłem ciepła dla Kordiana był jego własny oddech. Ciepłe podmuchy powietrza ukryte pod higieniczną maską, owiniętą jaskrawo czerwonym szalikiem o niemal śliskiej, jedwabnej fakturze.

Z hukiem metalowych drzwi Holski przestąpił na gryzący mróz pozostawiając za sobą bijącą po uszach elektroniczną muzykę. Balansująca na opuszkach palców butelka klekotała z cichym brzdękiem, kiedy masywne ciało napiętych do granic możliwości mięśni przestępowało z kroku na krok. Gorzki smak wódki nadal drażnił wyschnięte na wiór gardło. Drobiny etanolu tkwiły jeszcze w zakamarkach przełyku.

Z tępym plaskiem wytatuowane orłem w koronie czoło przywarło do muru. Cienki strumień moczu wyleciał z pomiędzy nóg, podczas gdy wzniesione ramię ładowało alkoholową zawartość butelki do ust. Zza fasady zębów wysunął się cienki wąż różowego języka. Z wymalowany obrazem ulgi, Holski odchylił głowę. Puste, szklane naczynie wymsknęło się z podobnych do parówek palców i z bezgłośnym hukiem opadło na pokrytą świeżym śniegiem ziemię.

Nagły ścisk z tyłu głowy uszczypnął przytłumione alkoholem zmysły. Holski z całym impetem zarył w ceglaną ścianę. Wyryty na czole orzeł spłynął krwią zalewając twarz kolorem jaskrawiej czerwieni. Otumaniony mężczyzna przestąpił niedbale parę kroków do tyłu, ściskając jednocześnie lejącą się ranę i lecące w dół spodnie.

Brunatno-czerwone barwy zasłaniały widok niczym teatralna kurtyna. Jedynie drobne szczegóły przebijały się przez fasadę. Podłużny, czarny kształt z wolna przybierał ludzką formę.

– Czego kurwa chcesz?! – masywna ręka latała na wszystkie strony odganiając się jakby od sfory niewidzialnych much – Nie wiesz z kim zadarłeś! – Powolny dźwięk klekoczącego metalu obił się o zmarznięte uszy.

– Aziz, lat 10 – zadudnił chrapliwy i nieco przytłumiony głos, jakby ktoś mówił przez szalik albo kominiarkę. Holski zamaszystym ruchem dłoni przetarł zatęchłą już nieco krew.

Skrystalizowany obraz szczupłego mężczyzny z wyciągniętym mieczem przywitał jego wzrok.

– Jesteś on! – zdumione dotąd oczy zwęziły się do granic paru milimetrów. – Ty załatwiłeś chłopaków! – w odpowiedzi błysnęły jedynie zielone ogniki oczu zza połów kaptura.

– Szukałem ciebie – z obrotowym ruchem nadgarstka ostrze zatoczyło koło w powietrzu. – Mam z tobą do pogadania – Zmarszczony tatuaż na czole przybrał widok biało-czerwonych linii. Skóra wcześniej przytłumiona utratą krwi, teraz buchała wściekłością.

– Aziz, lat 10 – wyciągnięta w stronę mężczyzny klinga jaśniała w blasku ulicznej lampy – Zabiłeś go, przyznaj się! – zaryte dotąd w ziemi sportowe buty wystrzeliły do przodu popędzane siłą masywnych nóg.

Świszcząc pięściami w powietrzu, Holski wyleciał jak taran prosto na stojącego Kordiana. Lekki krok w bok wystarczył, by olbrzymia zwała mięśni zaryła w podłoże.

– Przyznaj się! – stanowczym prostopadłym ruchem ostrze miecza wryło się w ziemię pozostawiając sterczący monument niczym ilustracja ze średniowiecznej baśni. – Ty i twoi kumple! – podnoszącego się Holskiego spotkały natychmiastowe ciosy na ranną głowę i klatkę piersiową. – Czemu to zrobiliście?! – Z całą siłą wąskiego ciała ręce, nogi, kolana raz po raz uderzały we wszystkie punkty na wielkim ciele. Niektóre sygnalizowały syk bólu ze strony oponenta inne trafiały od razu na wzniesioną prędko gardę.

– Spierdalaj! – spadająca pięść napotkała na stanowczy opór masywnej dłoni. W momencie zawahania Kordian dał krok od tyłu i nagle poczuł na sobie impet silnego kopnięcia. Chropowata powierzchnia gleby podrapała mu plecy rozcinając materiał termicznej koszuli.

– Miał za swoje! – nalana od furii i krwi twarz Holskiego zawisła nad leżącym Kordianem. Z nagłym impetem poły kaptura zalały widok czernią. Wokół szyi zaciskało się imadło gorącej dłoni. – Był brudny! Ciapaty! – soczysta czerwień i tępy smak krwi coraz bardziej utrudniały koncentrację. Dudnienie w uszach wzrastało z każdym upadkiem masywnej pięści. Gardło już prawie uginało się pod naporem ściskającej dłoni, płuca zaczęły dopominać się o cenne powietrze.

Wyginając kręgosłup pod kątem, szczupłe nogi wystrzeliły w powietrze. Krzyżując się wokół szyi Holskiego, desperackim ruchem rzuciły się na bok. Uchwyt na szyi zelżał na tyle, by płuca mogły łyknąć nieco powietrza. Charcząc z głośnymi sporadycznymi kaszlnięciami Kordian rzucił się w desperackim maratonie w stronę wbitego miecza. Widok przytwierdzonej do ziemi klingi zdawał się przywracać dech w piersiach.

Głuche kroki narastały coraz bardziej i przebijały się przez ustępującą głuchotę urazów. „ Zajebię Cię jak tego araba” rezonowało w głowie, kiedy drżące dłonie dorwały się do lodowatej rękojeści.

Syk bólu przeszył bok. Kordian zacisnął zęby, miał wrażenie, że się kruszą. Podłużny kształt ukruszonego szkła sterczał z niego, wylewając strugę jaskrawej cieczy. Z przyciśniętą twarzą zamkniętych oczu i zgrzytających zębów włożył całą swoją pozostałą adrenalinę w jeden płynny ruch.

Świst ryknął w powietrzu i pozostawił po sobie głuchą membranę jak po uderzeniu wielkiego dzwonu. Ciężar miecza przeważył nad Kordianem, który opadł na kolana, dygocząc i sapiąc w oparach gorącego powietrza.

Holski leżał z oczami wywalonymi na drugą stronę. Jego ciało jeszcze dygotało od ostatnich pośmiertnych impulsów życia. Sina teraz twarz mieszała się z przyschniętą już posoką i lejącą się z rany na szyi żywo-pomarańczową cieczą. Podłużne cięcie biegnące po całym gardle żarzyło się jeszcze świeżą agresją.

Kordian przywarł do muru, nie było części jego ciała, która by nie krzyczała z bólu. Gorące powietrze z płuc tworzyło chmury tańcząc na lodowatym powietrzu. Do przygłuchych uszu dochodziły dalekie echa miasta. Pierwsze skrzypce coraz mocniej grały policyjne syreny.

Dodaj komentarz

Top