Jesteś tutaj
Strona główna > Legendy Nowej Warszawy > Legendarne serie > „Szkarłat i czerń” – odcinek 14 – Noc o smaku ołowiu

„Szkarłat i czerń” – odcinek 14 – Noc o smaku ołowiu

– Ale syf – burknął Zgierski, jego oczy zwiedzały każdy kant pomieszczenia, by tylko uciec przed brunatno czerwoną breją przykrytą białą płachtą. Zmasakrowana połowa twarzy Daniela Holskiego prześwitywała zza materiałowej zasłony, obalana czerwienią i zastygła w wyrazie totalnego zdumienia.

– Myślisz mała, że to nasz znajomy? – Wiktoria z zaciśniętymi ustami skrobała przytępionym końcem ołówka po kawałku papieru.

– Nie, to nie jego styl. – Skwitowała zamykając mały notesik i wciskając go w tylną kieszeń spodni. Masywny mężczyzna wreszcie znalazł odpowiedni punkt zaczepienia dla rozbieganych oczu na wygiętych pośladkach partnerki.

– Mógł się przebranżowić. – Z głośnym chrząknięciem zaczął gmerać w kieszeni w poszukiwaniu papierosów. Wiktoria automatycznie podsunęła mu prawie pod nos na wpół opróżnioną paczkę.

– Z mściciela w dzikie mordercze zwierzę? Wątpię. – Przy każdym słowie odganiała się otwartą dłonią od tumanów nikotynowego dymu. – Tacy ludzie nie zmieniają się w pięć minut. – Zgierski zmarszczył brwi jakby w duchu pożałował, iż poruszył w ogóle temat.

– Dla mnie jest nie mniej warty niż te wszystkie ścierwa – Skwitował co spotkało się z grymasem niezadowolenia i ciężkim westchnieniem ze strony kobiety.

Technicy krzątali się w pomieszczeniu pstrykając zdjęcia mieniącymi się światłami telefonów i aparatów.  Para policjantów przecisnęła się przez ciasny korytarz pubu. Ceglane ściany tworzyły jasno czerwoną barwę w połączeniu z bladym światłem jarzeniówki.

*

Przez czarny fartuch jaki wisiał na jego ramionach patolog zdawał się być jeszcze bardziej szczupły i kościsty. Wiktorię momentalnie zalała gorąca na widok szpakowatego mężczyzny.

– Mamy 40 stopni w cieniu w ciągu dnia, a ten chodzi ubrany jak sybirak. – Szturchnęła Zgierskiego ramieniem. Oboje wymienili pojednawczy chichot zasłaniając jak najbardziej dyskretnie usta rękoma.

– Niektórzy traktują swoją pozycję poważnie. – głos patykowatego patologa przypominał skrobanie kawałkiem szkła po tablicy lekcyjnej. Z każdą sylabą parę policjantów przeszywał dreszcz.

– Nie każdy ma czelność przychodzić do pracy świecąc golizną. – syknął z malutkimi oczami wbitymi w wycięty dekolt Wiktorii.

– Pani komisarz chyba nie tam ma odznakę. – Charknął Zgierski buchając papierosowym dymem w pociągłą twarz.

Patolog zmarszczył brwi kaszląc od dymu. W grymasie obrzydzenia jego stożkowata  głowa pokryta zmarszczkami przypominała niedokończoną glinianą rzeźbę.

– Skończyliście już tam. – wycedził – Teraz my przejmujemy sprawę – Wiktoria kątem oka zauważyła niedyskretnie gromadzących się techników i funkcjonariuszy Regimentu 44.

Wychodzących z miejsca zbrodni policjantów i patologów od razu osaczali ubrane na czarno osoby domagając się natychmiastowego dostępu do notatek i telefonów.

Wiktoria złapała się za tylną kieszeń i wcisnęła malutki notes głębiej w jeans.

– Tak, fajrant na dziś. – rzucił Zgierski – Może koleżance chłodno? – Zarzucił na plecy dziewczyny swoją przyciężką od wypchanych kieszeni marynarkę. Przywitał jej zdziwione spojrzenie lekkim mrugnięciem oka.

Patolog powłóczył swymi patykowatymi nogami w stronę wejścia gdzie duży komandos w kominiarce niemal nie wyrwał z ręki funkcjonariuszce telefon z rąk.

Wiktoria i Zgierski nie zostali na finał awantury.  Spiesznym krokiem zniknęli w głąb zaułka.

*

Księżyc stał zawieszony na niebie w swoim okrągłym majestacie. Wydawał się tak ogromny, że Wiktoria przez chwilę zapragnęła sięgnąć po niego ręką. Powstrzymała ten impuls w ostatniej chwili kiedy na nocne niebo wtoczył się kształt mechanicznego pojazdu napędzanego masywnymi żyroskopowymi śmigłami.

Huk maszynerii przeszył powietrze wywołując tumany pyłu i porozrzucanych na ulicy śmieci i starych gazet.

Maszyna kołowała przez moment wokół budynków. Z rozświetlonych nagle okien bloków dobywał się połączony płacz wybudzonych ze snu dzieci i ujadanie psów, które próbowały ze wszystkich sił zagłuszyć całą tą kakofonię.

Strugi światła wędrowały po ścianach i chodniku szukając po omacku jakichkolwiek śladów niesubordynacji.

– Pierdolone Regimenty – burknął Zgierski.

Wiktoria nadal przykryta marynarką mężczyzny niczym peleryną jedynie wodziła wzrokiem za podniebnym potworem ze stali i aluminium, który wznosił się już teraz wyżej w drodze do następnego sektora.

– Tam syf, tu syf. – zapalił kolejnego papierosa – Całe to miasto to jeden wielki bajzel – Zgierski głośnym charczeniem wyrzucił z siebie parę kropel śliny.

– A my się w nim pławimy. – Wiktoria wzruszyła ramionami. W ostatniej chwili złapała opadającą marynarkę i z uśmiechem podała ją mężczyźnie

– Dasz sobie radę sama mała? – patrzył na nią przygryzając papierosa.

– Do jutra partnerze. – Odparła.

Zgierski poczłapał dalej zaułkiem kaszląc. Wiktoria odprowadziła go wzrokiem.

*

Drzwi  ustąpiły dopiero po lekkim kopniaku. Ledwo nadążyła z wyjęciem klucza z zamka. Pomieszczenie spowijała ciemność, jedynie nocne niebo prześwitało przez na wpół zasłonięte rolety.

Maniek leżał rozciągnięty na kanapie, każde jego chrapniecie zdawało się przenosić obdarty  mebel o parę centymetrów w stronę ściany.

Krocząc po ciemku Wiktoria co i już natrafiała stopą na zimne szkło pustej butelki. Naliczyła dwie półlitrowe i ze cztery aluminiowe puszki. Jeszcze jedna miniaturowa     flaszka leżała na wypiętym brzuchu śpiącego Mańka.

Rzucał się we śnie. Spalona słońcem brązowa niemal skóra spowita była kroplami zimnego potu i gęsiej skórki. Wiktoria patrzyła w milczeniu na mężczyznę. Jej ciemne oczy szkliły się nabierając wilgoci.

Zabrała leżący na oparciu kanapy koc i przykryła nim Mańka.

– Wiciu, byłaś dziś grzeczna w szkole?! – Bełkotał przez sen lepkimi jeszcze od słodkiej nalewki ustami.

Wiktoria położyła dłoń na klamce od drzwi pokoju.

– Tak, tato, dostałam dziś piątkę. – rzuciła nawet nie patrząc na leżącego mężczyznę.

Zniknęła w pokoju. Drzwi zamknęły się z klekotem zamka.

*

Ciało Daniela Holskiego opuszczało budynek pubu przykryte czarnym workiem. Jedynie napisane markerem nazwisko i numer sprawy zdradzały zwartość foliowego pakunku rozłożonego na przenośnym łóżku polowym.

Funkcjonariusze Regimentu zabierali sprzęt i pakowali wszystko do rozstawionych wokół furgonetek. Patolog zawiadywał całością spazmatycznymi ruchami wydając polecenie. Kwaśny uśmiech satysfakcji malował się na jego  oczach gdy tylko jego polecenia zostały wykonane.

Przycupnięty na skraju dachu Kordian obserwował wszystko w milczeniu.

„Nic tu po mnie” przechodziło mu w głowie. Oparł głowę o kolano i wlepił wzrok w worek z napisem.

Holski. Brat człowieka, którego zabił. Kodrian wracał myślami do tej nocy. Powtarzał sobie w duchu, że to był wypadek. Chciał tak myśleć. Może w głębi duszy tego właśnie pragnął.

„Wiesz jaka jest definicja obłędu?” pytała go Eryka. Znał to powiedzenie mimo iż nic jej nie odpowiadał. „To robienie w kółko tego samego i oczekiwanie innych rezultatów”. Czy tak naprawdę było? Może oszalał?

Odwrócił się ruszył ciężkim krokiem przez dach mijając buchające parą i dymem kominy i powyginane zardzewiałe anteny i talerze do telewizorów satelitarnych. W każdym domu, choćby najbiedniejszym był już wmontowany cyfrowy przekaźnik, sposób na zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkańców Nowej Warszawy. Tymczasem te relikty przeszłości gniły na prawie każdym bloku zapomniane.

Kordian pilnował za każdym razem by nie zahaczyć o jakiś kabel końcem Bokena, którego niósł przypiętego do pleców. Miał nadzieję, że uda mu się tej nocy go przetestować i czy drewniany miecz nie okaże się poręczniejszy od jego poprzedniego oręża. Jak na razie nie miał okazji się o tym przekonać.

*

Miasto mieniło się pejzażem światła księżyca i blasku neonów wielkich wieżowców. Cały ten blask obijał się od zielonych oczu Kordiana ukrytych głęboko w szerokim kapturze.

Ostatnia pigułka tańczyła w cylindrycznym opakowaniu. Zastanawiał się czy powinien ją zażyć. Z każdą sekundą zwłoki z decyzją nerwowe trzęsienie jego rąk wracało z zdwojoną siłą.

„Masz uratować miasto!” myśl pulsowała mu w głowie „Nie możesz się tysiąc lat zastanawiać nad jedną durną tabletką!”. Kręcąc głową Kordian wychylił głowę do tyłu przystawiając opakowanie do ust. Pigułka przeleciała przez jego wyschnięty przełyk i z pewnym trudem znalazła się w organizmie.

Drżenie rąk przestało Kordian wziął parę głębokich oddechów wypuszczając ustami powietrze. Myśli nadal biegały po jego głowie. Obraz siedzącej na łóżku Eryki owiniętej białą pościelą. Jej słomiane włosy spadające na białe ramiona i głos cicho mówiący „Nie idź.”.

Zawsze odpowiadał, że musi. Na co łzy leciały z jej policzków. Nie było to do niej podobne. Podczas terapii z pacjentami emanowała siłą i spokojem. Jednak przy Kordianie było inaczej.

– Popełniła błąd, zaangażowała się – wymamrotał do siebie wciskając puste opakowanie w kieszeń.

On też nie powinien się w niej zakochiwać, tylko ją tym krzywdził. „Kordian nie jesteś sam” „ Zawsze możesz wrócić” jej słowa rezonowały w jego głowie.

Mimo późnej pory ulice miasta pulsowały jeszcze samochodami i krzątaniną przechodniów. Lampy  ogródków restauracji i szyldy klubów zapraszały do siebie jaskrawymi kolorami.

Ciemne kształty machin regimentu szybowały nad budynkami rzucając w dół co i rusz strugi światła. Powietrze nadal było gorące od upałów panujących za dnia. Delikatna bryza wiatru niewiele pomagała, niosąc jedynie zapachy fast foodów i ulicznych śmieci.

*

– Pospieszcie się! – stary zawiadowca nerwowo ruszał zaciśniętą na siwej czuprynie czapką – Nie mamy całej nocy na zajmowanie się tym szajsem. – gromada mężczyzn wynosiła duże drewniane pudła, na których widniało pieczołowicie wykonane logo Wyryński Holding.

– Wyluzuj stary, mamy jeszcze czas. – Ishmail przewracał w dłoni łom, którego końcówka z impetem wylądował w spoinie skrzyni. Sapiąc mężczyzna szarpnął narzędziem w dół i drewniana pokrywa wyskoczyła ze swoich zawiasów.

W środku, w równym rządku usadowiono szereg długich karabinów. Sterczały kolbami do góry z dodatkowymi magazynkami naboi usadowionymi tuz obok.

– Co ty robisz? – zawiadowca wytrzeszczył oczy kiedy Ishmail wyciągnął jeden z karabinów i zaczął się mu przyglądać z uznaniem wypisanym na twarzy. – Nie ma czasu na zabawy! Dawaj moją kasę i się zbierajcie! – kryminalista spojrzał na wyciągniętą rękę starego mężczyzny.

– Jasne. – powiedział w akompaniamencie przeładowanej broni. – Pozwól, że zrobię Ci przelew. – Seria pocisków przeszyła powietrze. Impet wyrzucił ciało zawiadowcy z otwartej ciężarówki na żwirowatą ziemię. Martwe ciało zastygło w groteskowym grymasie.

– Skończone Ahmed, zbieramy się. – rzucił Ishmail przez wpięty w kołnierz mikrofon. W odpowiedzi usłyszał jedynie szum i ciężkie sapanie jakby na wpół przytomnego człowieka.

Brwi mężczyzny zmarszczyły się w mieszaninie irytacji i zaskoczenia. Popatrzył na zgromadzonych wokół niego ludzi do tej pory zajętych załadunkiem.

– Bierzcie po jednym. – wskazał na otwarte pudło z karabinami. – Idziemy to sprawdzić.

*

Pięciu uzbrojonych mężczyzn rozlało się po pomieszczeniu magazynu.

– Trzymajcie się światła i patrzcie za siebie. – rzucił Ishmail na widok nieprzytomnego Ahmeda rozciągniętego na podłodze.

Blask księżyca przebijał się z szklanego szyber dachu. Zgromadzone wokół kontenery i pudła pięły się aż po sufit tworząc labirynt biegnący przez cały magazyn.

Kordian włożył kartę micro SD z mikrofonu Ahmeda do swojego aparatu przypiętego u pasa. Wcisnął do uszu słuchawki i popłynęły do niego komendy Ishmaila i pojedyncze komunikaty od innych mężczyzn.

– To miała być prosta robota. – Marudził jeden krążąc w ciemności z dygoczącym karabinem w dłoni.

Czarna podłużna postać obserwowała go z góry delikatnie skradając się po ustawionych pudłach. Kordian wyciągnął zza pleców Boken i zeskoczył bezgłośnie na ziemię.

Trzęsący się kryminalista nagle wyleciał do przodu uderzony ciężkim drewnem w tył głowy. Kordian podbiegł do niego i przyłożył dwa palce do jego szyi. Żył. Ale nie wstanie szybko. Zamaskowany mściciel złapał za leżący obok karabin i impetem wyrzucił go przed wybite okno.

– Mohamed zgłoś się! – poirytowany głos trzeszczał przez słuchawkę – Gdzie jesteś ty psie! – Ishmail grzmiał przez interkom. Kordian wspiął się po stercie pudeł wznosząc się coraz wyżej. Wytężył wzrok.

Pozostało czterech. Jeden krążył między wąskimi korytarzami kontenerów. Oddalił się od trójki towarzyszy, którzy teraz nawoływali swego nieprzytomnego towarzysza raz przez radio, lub drąc się na całe gardło.

Bohater przesmyknął się przez lukę między pudłami i wspinając się po metalowej konstrukcji zwieszonej pod dachem skradał się na przykurczonych nogach zatrzymując się dopiero tuż nad kolejną ofiarą.

Z rękoma wzniesionymi w górę, trzymając oburącz Boken Kordian spadł na kryminalistę wymierzając mu podłużne cięcie w tył głowy. Jednak ten zawahał się jedynie, nie padł od razu na ziemię.

– Jest tu, mam go! – nim Kordian zdołał na dobre przeanalizować swój błąd usłyszał klekot przeładowanej broni maszynowej i odgłosy nadciągających kroków.

Sprężył mięśnie bo pracy i wybił się nogami łapiąc za lufę karabinu zanim napastnik zdążył wypalić serię. Starli się w miejscu, siłując i nawzajem wymieniając ciosami.

– Widzę Cię już biegnę – zasapany głos Ishmaila dudnił w słuchawce. Kątem oka Kordian dostrzegł go wypadającego zza rogu. Mężczyzna przystawił kolbę do ramienia i zakotwiczył wzrok w szczerbince.

Młody mężczyzna zacisnął zęby i uderzając trzymanego przez siebie napastnika łokciem w twarz cisnął się wraz z nim spod linii ognia. Grad kul posypał się na ziemię wznosząc tuman pyłu i kurzu. Kordian w locie złapał za spust broni, którą wypuścił jego adwersarz i wymierzył w stronę Ishmaila.

Szok wystrzału omal nie urwał mu ręki lub co najmniej nie wybił zębów. Jednak w zdołał trafić upragnione miejsce. Pociski minęły wściekłego kryminalistę i z turkotem podziurawiły ciasno zapięte materiałowe pasy, które trzymały w ryzach parę metalowych kanistrów. Cylindryczne kształty wysypały się na ziemię powalając przy tym zaskoczonego Ishmaila. Mężczyzna padł na podłogę usilnie łapiąc się za głowę. Kanistry potoczyły się dalej korytarzem.

– Co się tu dzieje! -Ostatni dwaj przestępcy wybiegli na miejsce z wyrazami osłupienia na twarzy. Kordian rzucił karabin na ziemię. Opuszkami palców poczuł podłużny kształt noży do rzucania przypiętych do jego boku.

Ostrze z impetem wbiło się w ramię kryminalisty. Ryk bólu rozległ się po pomieszczeniu. Bezwład ogarnął kończynę. Broń z hukiem upadła na podłoże.

– O kurde stary, nic ci nie jest?! – zanim zdołał poznać odpowiedź Kordian skoczył na jego towarzysza i przenosząc cały ciężar ciała na nogę przewrócił rannego na ziemię.

Drewniana klinga ćwiczebnego miecza przeszyła powietrze prosto w wymierzony karabin. Kryminalista zawył sycząc z cierpienia. Kordian ujął broń oburącz i zamachnął się zatrzymując ostrze tuż przy zaskoczonej twarzy. Wykrzywiając twarz w uśmiechu wymierzył napastnikowi cios pięścią w twarz. Mężczyzna poleciał do tyłu na stertę drewnianych stelaży.

Kordian nabrał i wypuścił powietrze. W pomieszczeniu słychać było jedynie ciche pojękiwania pokonanych.

*

Pudła z logiem Wyryńskiego stały tak jak zostawili je kryminaliści. Wyrywając po kolei łomem wieka skrzyń Kordian metodycznie badał ich zawartość. Broń, pancerze, sprzęt taktyczny jakiego używali standardowi funkcjonariusze Regimentu 44. Batony, pałki, nawet granatniki. Pomyślał co by było gdyby ten arsenał trafił na ulicę. Potrząsnął głową na samą myśl.

Odgłos brzęczącego telefonu rozległ się z przedniej części ciężarówki. Kordian wyciągnął ramię i wymacał torbę. Rozpruł suwak nożem i wysypał zawartość na ziemię. Ubrania ochrony z logiem Wyryńskiego i brzęcząca jeszcze komórka. Na wyświetlaczu numer był oznakowany jako ”nieznany”.

– Co z Wami, mieliście już być, zaraz będzie zmiana?! Ishmail! – głos Mehmeta aż huczał przez słuchawkę. Kordian słuchał przez chwilę w milczeniu wiązanki arabskich przekleństw. Starał się zapamiętać głos.

– Przykro mi, twoje zamówienie zostało wycofane. – na drugiej linii zapadła cisza.

– To ty. – syknął Mehmet – To ostatni raz kiedy mi urągasz, zapamiętaj! – Kordian uśmiechnął się do telefonu.

– Nie mów hop zanim nie przeskoczysz – wcisnął ikonkę czerwonej słuchawki i wyjął kartę z telefonu.

*

Czarna torba wypakowana była do granic możliwości ściśnięta razem grubymi pasami z magazynu. Kordian odciągnął ciało zawiadowcy i spojrzał na powykręcane oblicze starca. Ukucnął nad nim i ruchem dłoni zamknął mężczyźnie oczy i usta.

Rzucił jeszcze raz okiem na wypchaną po brzegi ciężarówkę. Trzymając mocno spust granatnika zakotwiczył wzrok w szczerbince. Pocisk zanurkował prosto w otwarty pojazd. Chmura dymu i ognia wystrzeliła w powietrze. Pojazd zajął się cały ogniem. Kordian odwrócił się i zarzucił torbę na ramię.

kittelm
Kim jestem? Pisarzem, dziennikarzem, copywriterem, łucznikiem i uczniem sztuki kendo. Zawsze miałem głowę pełną różnych historii. Postanowiłem nie bujać tylko w obłokach i chować zapisków głęboko na dnie szuflady. Tak powstała pierwsza opowieść w formie bloga. Zapraszam na wędrówkę do świata Nowej Warszawy. Do przeszłości, która nas ukształtowała i przyszłości, która nas zmieni.
http://www.legendynowejwarszawy.pl

6 thoughts on “„Szkarłat i czerń” – odcinek 14 – Noc o smaku ołowiu

  1. Naprawdę dobrze napisane, czuć dryg do pióra 🙂 Zdecydowanie wolę jak bohaterowie mają bardziej egzotyczno-fantastyczne imiona, ale to tylko moja opinia:)

Dodaj komentarz

Top